piątek, 16 listopada 2012

Odcinek 1

20 lipiec 2010, godzina 11:30, Madryt

-Nie, nie, nie!- wrzeszczałam wściekła- Nie rób mi tego proszę! Tylko nie dziś!
Moje żółte volvo jak zwykle odmówiło posłuszeństwa i to akurat dziś! Szlag by to trafił. Czasami wydaje mi się, że mój samochód ma duszę, bo ewidentnie robi mi na złość. I to akurat w takim momencie.
Żar leje się z nieba a ja próbuję uruchomić silnik. Zajrzałam pod maskę i nie było niczego, co by mogło wzbudzić moje podejrzenia. Olej jest, benzyna też, w końcu wczoraj tankowałam do pełna. Świece w porządku, dopływ prądu tak samo. Więc co się do cholery dzieje?
Wsiadłam jeszcze raz za kierownicę. Zamknęłam oczy i przekręciłam kluczyk w stacyjce.
-Noooo nareszcie!- ucieszyłam się, gdy volvo wydało znajomy dźwięk.
Z ulgą wyjechałam na ulice Madrytu i wymijając wszystkich kierowców jechałam na złamanie karku.
Gdyby moja mama widziała jak ja jeżdżę pożałowałaby dnia w którym udzieliła mi pożyczki na własne auto. Uważała, że na drodze zamieniam się w jakąś wariatkę i nie słucham co się do mnie mówi.
No ok. Lubię szybką i dynamiczną jazdę. Ale co z tego? Taka jestem. Kręcą mnie samochody, prędkość, adrenalina. Może dlatego od zawsze chciałam zostać kierowcą rajdowym. Ale czy widział ktoś kobietę na torze? Bo ja nie.
„Dziecko czyś ty na rozum upadła?”- biadoliła moja mama, gdy oświadczyłam jej co chcę robić w życiu.
No bynajmniej. Nie upadłam, ale wszystko było możliwe.
Z moich marzeń jedynie tata był zadowolony. To po nim odziedziczyłam miłość do motoryzacji. Pamiętam, że wolałam spędzać czas w jego warsztacie umorusana smarami i trzymająca w ręku klucz francuski niż stać koło mamy w kuchni i gotować obiady… A fuj!
A z tatą zawsze coś się działo! Było śmiesznie i ciekawie. A kiedy po raz pierwszy udało mi się złożyć silnik do kupy, który potem odpalił, rozpierała mnie duma, jakbym zdobyła co najmniej Mount Everest!
Tylko ej. Nie myślcie sobie, że jestem mechanikiem i nic poza tym. Jestem stuprocentową kobietą, tylko, że lubię majsterkowanie i dłubanie w gratach. Jeśli się komuś nie podoba trudno. Najważniejsze, że ja jestem szczęśliwa.
A tak w ogóle to chyba się nie przedstawiłam… Chcecie poznać moją krótką historię?
Nazywam się Lourdes Mantilla de La Vega i jestem pół Polką, pół Hiszpanką. Od dziesiątego roku życia mieszkam w Hiszpanii, w Madrycie. Umiem mówić po polsku, hiszpańsku i angielsku, a ostatnio zaczęłam naukę włoskiego. Lubię języki obce. To jedyna cecha, która podoba się mojej mamie.
Jak mówiłam kocham samochody. Ale musiałam wybrać jakiś kierunek studiów, więc wybrałam medycynę. Kierunek nie zbyt łatwy, potrzeba dużo ambicji i samozaparcia. Jednak mnie nauka jak nikomu innemu przychodziła niezwykle łatwo i szybko. Studia ukończyłam prawie na samych piątkach.
O nie, nie jestem żadną kujonicą w okularach! Wręcz przeciwnie. Uwielbiam imprezy, dobrą zabawę, alkohol na poprawę humoru, facetów i niewinne flirty. To moje życie. Mam wielu znajomych, ukochaną przyjaciółkę od serca, która mieszka po sąsiedzku. Jest taka jak ja: niezależna, wyluzowana, lubiąca bawić się facetami. No bo skoro oni mogą to my także prawda?
Wiem, że złamałam wiele męskich serca, ale nie jest mi z tym niewygodnie. Cieszę się, że mam taką siłę w sobie, która potrafi niszczyć i zabijać.
Dzisiaj cieszę się z moich wyborów i z tego że ukończyłam medycynę. Dzięki temu mogłam znaleźć pracę w zawodzie, a to oznacza, że za zarobione pieniądze opłacę szkolenie, które ma przygotować młodych kierowców do wyścigów.
Dlatego tak mnie wkurzył ten złom z samego rana! Dziś bowiem rozpoczynam pracę. To mój pierwszy dzień i choć spóźnianie się to moje drugie imię, dziś chciałam żeby było inaczej.
Dobrze, że jednak silnik odpalił, bo inaczej zaczęłabym wątpić w moje ukochane volvo.
Zastanawiałam się czy dobrze zrobiłam, że wybrałam pracę, gdzie ciągle będę w towarzystwie kilkunastu facetów i pośrodku ja jedna kobieta!
Ale tak naprawdę cieszyłam się z tego. Tylko bałam się powiedzieć o tym na głos.

 W tym samym czasie…

-Benzema! Kaka! Pepe! Do mnie!- krzyczał Jose Mourinho na stadionie Santiago Bernabeu
Trzej wymienieni piłkarze truchtem podbiegli do trenera, który groźnym wzrokiem na nich patrzył.
-Jesteśmy trenerze!- powiedzieli jednocześnie stając na baczność z niewinnymi minami
-Nie salutować mi tu. To nie wojsko!- zagrzmiał Mou- Doszły mnie słuchy, że pomimo moich zakazów chodzicie na imprezy!
Piłkarze spojrzeli po sobie. Nie mieli nic na swoje usprawiedliwienie.
-No my…eee…tego…to było po pracy- powiedział Kaka
-Jakie po pracy?!- ryknął Jose- Nie ma chodzenia na żadne imprezy! Pijecie na nich a potem łazicie i rozwalacie sobie nogi, głowy, ręce. A jak przychodzi najważniejszy mecz w sezonie to nie ma kto grać. Bo wszyscy są kontuzjowani!
-Trenerze? Coś się stało Marcelo…- zakomunikował zdyszany Di Maria
Wszyscy popędzili do leżącego na murawie Brazylijczyka.
Marcelo leżał i trzymał obolałe kolano. Skręcał się z bólu co było wyraźnie widać.
-Zawołajcie lekarza!- wydał polecenie Mourinho
-Ale trenerze- zasępił się Kaka- Nie mamy lekarza…
-Ostatni został zwolniony…- powiedział Benzema
-A nowego nie ma- dodał cicho Pepe
-No tak. Zapomniałem. Która jest godzina?- spytał Mou
-Dwunasta- powiedział Iker
-Za pół godziny ma się zjawić nowy lekarz. Do tego czasu Marcelo musi wytrzymać. Dziś nie przebijemy się przez madryckie korki do szpitala- zawyrokował Jose- Znieście go do szatni. Niech tam czeka. I dajcie mu lodu! Niech obłoży to kolano! A reszta do ćwiczeń. Higuain poprowadzi rozgrzewkę.
Koledzy Marcelo pomogli mu się podnieść z trawy i zanieśli go do szatni.
Portugalski trener nerwowo spoglądał na zegarek. Nie może pozwolić sobie na kolejną kontuzję w klubie. Nie teraz, gdy czeka go ciężka praca, którą musi udowodnić, że zasługuje, aby przedłużono mu kontrakt w Real Madryt.

Parking przy Estadio Santiago Bernabeu, godzina 12:15

Zostało mi 15 minut żeby dotrzeć na czas. Na szczęście podjeżdżałam już na parking przy stadionie, gdy nagle…
-Kurwa mać!- zaklęłam i wysiadłam z mojego volvo.
Jakieś czarne Lamborghini skręcało na parking w tym momencie co ja. Ale zasada prawej ręki mówi, że osoba z prawej strony ma pierwszeństwo, nie z lewej!
-Kto ci dał prawo jazdy kobieto?- zawołał facet uchylając szybę. Nawet nie raczył wysiąść.
-Mnie? Kto dał je tobie! Nie znasz przepisów drogowych gamoniu?- zapytałam oglądając auto. Na szczęście nic się nie stało. Zahamowałam w ostatniej chwili.
-Weź się lecz głupia babo!- warknął i odjechał z piskiem opon.
Ale ma tupet gnojek jeden! Nie dość, że nie przeprosił to na dodatek mnie obraził. Żebym tylko wiedziała kim jest… Ciemne okulary uniemożliwiły mi rozpoznanie gościa, ale coś czułam, że jeszcze nie raz go spotkam.
Zadowolona, że jestem o czasie zmierzałam w kierunku stadionu.
-Pani Lourdes?- usłyszałam głos za sobą- Jak się cieszę, że już pani jest…
-Dzień dobry panie Mourinho- odpowiedziałam. Umiałam być miła, jeśli chciałam.
-Wiem, że to pani pierwszy dzień. Miała się pani zapoznać ze wszystkim, ale jeden z naszych zawodników miał na porannym treningi stłuczkę…
-Rozumiem. Niech mnie pan zaprowadzi do niego. Aha i proszę mówić do mnie Lourdes lub po prostu Lou- uśmiechnęłam się i ruszyłam z Mourinho do szatni, gdzie przebywał poszkodowany.
W ogromnym pomieszczeniu na kozetce leżał mężczyzna zakrywając twarz ręką. Śmiać mi się chciało, by myślałam, że piłkarze to twardzi faceci.
-Co się stało? Co cię boli?- podeszłam do chłopaka, który miał fantastyczne kręcone włosy
-Zderzyłem się z… A bo co?- odpowiedział niemiło
-Gówno! To nasz nowy lekarz i bądź miły Marcelo- powiedział Mou stając za moimi plecami.
Brazylijczyk zrobił głupią minę, a później mruknął ciche „przepraszam”.
-Masz opuchnięte kolano, ale na szczęście nie siwieje- powiedziałam oglądając nogę.
Wyjęłam ze swojej lekarskiej torby worek lodu, bo ten który miał Marcelo już całkowicie się rozpuścił mocząc mu całe kolano.
-Kto ci dał ten lód?- spytałam
-Koledzy…
-Aha. A nie pomyśleli, żeby najpierw włożyć go w torebkę foliową, a dopiero kłaść na twoje kolano?
-Oni rzadko kiedy myślą- odpowiedział wesoło Marcelo
-Mogę wiedzieć z czym się zderzyłeś?- spytałam smarując mu opuchnięte miejsce
-Nie chcesz wiedzieć- zaśmiał się.
-Gdybym nie chciała to bym nie pytała. No mów- zachęciłam go
-Wpadłem na słupek od bramki- wydukał cicho
-Co?- zawołałam wybuchając śmiechem- Jak to na słupek? To możliwe?
-Jak widzisz- odparł udając obrażonego- Dla mnie nie ma rzeczy niemożliwych- dodał po chwili i wyszczerzył zęby w uśmiechu.
-Gotowe. Mam nadzieję, że do jutra przejdzie, ale dziś nie wracaj już do ćwiczeń- powiedziałam myjąc ręce- A teraz pójdę zwiedzić boisko i poznać twoich kolegów.
-Dzięki za pomoc- Brazylijczyk wyciągnął do mnie rękę
-Nie ma sprawy. To moja praca- odpowiedziałam z uśmiechem i poszłam razem z trenerem na płytę boiska.
No cóż. Pierwsze koty za płoty. Wyleczyłam kolano jednego z piłkarzy, który okazał się naprawdę fajnym i przystojnym facetem! Może nie będzie tak źle. W końcu lubię obecność mężczyzn, więc to będzie raj dla moich oczu i rąk. A może uda się przy okazji jakiegoś poderwać…?
Trener opowiadał mi trochę o piłkarzach i moich obowiązkach, kiedy w końcu weszliśmy na stadion. Powitało nas słońce i widok rozciągających się piłkarzy.
Na nasz widok wszyscy grzecznie powstawali z miejsc i czekali aż do nich podejdziemy.
-Chłopcy… to wasz nowy lekarz, pani Lourdes- przedstawił mnie Mou
Piłkarze spojrzeli po sobie i uśmiechali się głupkowato. Już ja wiem co sobie myśleli na mój widok…
-To znaczy co?- zapytał niemądrze Pepe
-To znaczy, że ta pani będzie opatrywać nasze rany- wytłumaczył koledze Kaka
-A złamane serca też pani leczy?- spytał ktoś z tyłu
-A masz z nim jakieś problemy?- spytałam przyglądając się chłopakowi. Eh ten Ramos…
-Ogromne!- zawołał udając, że nie może oddychać
-To muszę cię zasmucić, ale nie jestem kardiologiem- odparłam patrząc mu wojowniczo w oczy.
Reszta chłopców wybuchła śmiechem, gdy zgaszony Sergio nie odezwał się już ani słowem.
-Chciałabym was bliżej poznać. Muszę wiedzieć jakie kontuzje przeszliście w ciągu ostatnich dwóch lat, na co najczęściej byliście leczeni…- wyliczałam
-Na głowę- zarechotał Marcelo, który usiadł na trawie.
Drużyna na jego słowa znowu zaczęła się śmiać.
Zapowiadała się niezła zabawa z tą bandą wariatów. Lustrowałam spojrzeniem każdego z nich, gdy nagle moją uwagę zwrócił jeden z chłopaków, który ciągle bawił się piłką.
-Ej ty z tyłu- zawołałam w jego kierunku- Możesz przestać się bawić, kiedy ja mówię?
Zawodnik z numerem 7 przestał kozłowanie i spojrzał na mnie niechętnie.
-Przeszkadza to pani w czymś?
-Tak. I to bardzo- odparłam.
Zapadła cisza pomiędzy wszystkimi zgromadzonymi. Każdy spoglądał na mnie i na chłopaka.
-O to bardzo mi przykro- zaśmiał się głupio.
No tak! Już wiem kto omal nie skasował mi dziś zderzaka na parkingu! Zacny pan Cristiano Ronaldo.
-Mnie również, ale bardziej z powodu twojej nieumiejętności prowadzenia samochodu- zakpiłam z niego a kilku piłkarzy zawołało głośne „uuuuuu”.
Ronaldo położył piłkę na ziemi. Zmrużył oczy i już chciał mi dociąć, gdy weszłam mu w słowo:
-Nie chcę was dziś męczyć, bo wiem, że macie jutro ważny mecz. Dlatego w piątek chcę się z wami spotkać i pogadać na temat przebytych kontuzji- powiedziałam w kierunku piłkarzy.
Rzuciłam raz jeszcze przelotne spojrzenie na Ronaldo, który nie odrywał ode mnie wzroku. Wydawało mi się, że za chwilę rzuci się na mnie, ale tylko pokręcił głową i powrócił do odbijania piłki.
Zwiedziłam stadion, obejrzałam szatnie, a także pokój medyczny. Później nadeszła najmilsza część- mój gabinet.
No cóż. Muszę powiedzieć, że całkiem ładne, tyle że w mało kobiecym stylu. Już planowałam jakieś przemeblowanie oraz małe malowanie, bo brązowe ściany, nie napawały optymizmem.
Zajrzałam także do szafek z przyborami i lekami, którymi mam leczyć kontuzje chłopaków. Trochę tego było mało, medycyna poszła do przodu. Jestem laikiem w opatrywaniu stłuczeń piłkarzy, ale wiem, że brakuje kilku ważnych rzeczy.
Wyjęłam więc notes i pisałam co zarząd klubu będzie musiał kupić, żebym mogła należycie wykonywać swoją pracę.
Opuszczałam stadion w dobrym nastroju. Do pracy motywowała mnie myśl, że szybko zarobię pieniądze na szkolenie, a potem może kupie sobie jakieś nowsze autko? Bo bałam się, że volvo będzie nawalać coraz częściej.
Szłam wesoło w kierunku parkingu, gdy doleciały do mnie jakieś śmiechy. No któż inny jak nie on!
Pan Aveiro biegał jak dziecko wokół samochodów, a tuż za nim krok w krok podążał Pepe, Benzema i…
-MARCELO!- ryknęłam aż mnie samej w uszach zadzwoniło.
Piłkarze gwałtownie się zatrzymali. Podeszłam do nich i spojrzałam groźnie na Marcelo.
-Oszalałeś? Niedawno bolała cię noga, a teraz ganiasz się jak głupi!
-Ja…eeee…już mi lepiej- tłumaczył drapiąc się po głowie
-A chcesz jutro zagrać?- spytałam sprytnie
-Jasne!
-No więc uspokój się, bo zabronię ci wejścia na boisko- powiedziałam
Ronaldo patrzył na mnie i widziałam, że chce coś powiedzieć.
-A ty? Chcesz coś?- zapytałam
-Myślę, że sobie za dużo pozwalasz. Jeszcze trochę a zabronisz nam chodzić- powiedział
Marcelo i Pepe wymienili się spojrzeniami.
-Te wyścigi nazywasz chodzeniem?
-Nie, mówię, że się czepiasz. A jesteś tu nowa więc uważaj.
-Bo co?
-Bo…
-Daj spokój- przerwał mu Marcelo- Lourdes ma rację. Nie powinienem tak biegać. Muszę być w formie.Przepraszam- dodał spoglądając na mnie nieśmiało.
-Okej- odparłam z uśmiechem- W takim razie do jutra.
Odwróciłam się i ruszyłam w stronę samochodu. Już miałam odjeżdżać, gdy ktoś zapukał w moją szybę.
-Czego?- spytałam na widok Ronaldo
-Myślisz, że jesteś cwana tak? Chcesz nam pokazać kto tu rządzi, ale pamiętaj, że mną nigdy nie będzie rządziła jakaś durna baba…
-Co? Odwołaj to co powiedziałeś, bo nie ręczę za siebie!
Ale dupek, ale ma tupet!
-Nie odwołam. A powiem ci jeszcze, że nie zagrzejesz tu długo. Będę ci tak uprzykrzał pracę, że w ciągu miesiąca złożysz wypowiedzenie- syknął przez zaciśnięte zęby
-A ja ci powiem, że jesteś skończonym idiotą skoro tak myślisz. Żegnam!
Odjechałam z piskiem opon, zaraz za samochodem Portugalczyka.
Co on sobie myśli? Że jest jakimś bóstwem? Udowodnię mu, że się myli.
Rozkocham go a potem rzucę i będę się śmiać, kiedy będzie cierpiał i błagał żebym go nie zostawiała…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz